Hate Love Instagram 2018 – czy warto być na Instagramie?

Kocham i nienawidzę – tak pokrótce można by nazwać moje odczucia w stosunku do mojej ulubionej aplikacji social media, czyli Instagrama w 2018 roku. Jeszcze rok temu uważałam, że jest to najlepsze medium do kontaktu artysty z odbiorcami. Czy nadal tak uważam? Żeby dokładnie opisać za i przeciw musimy odbyć podróż w czasie i wcale nie potrzebujemy do tego mostu Einsteina-Rosena.

Wehikuł czasu – Instagram 2012

Jest 12 czerwca 2012 r kiedy odpalam Instagrama po raz pierwszy. Podoba mi się w nim wszystko: od logo z retro aparatem, przez bardzo prosty interfejs, po filtry, które zamieniają brzydkie, ziarniste zdjęcia z telefonu w obrazki, na które niemal da się patrzeć 😉

Główną rolę grają zdjęcia. Opisy nie przytłaczają, nie zalewa mnie też tłum bliższych i dalszych znajomych jak na FB. Krótko mówiąc: jestem zachwycona i zapełniam swoje konto prywatne zdjęciami szkiców, kadrami z ogródka i innymi kolorowymi momentami, którymi chcę się podzielić tylko z niewielkim gronem znajomych.

Szybko zauważam obecność ulubionych ilustratorów i również moje konto staje się publiczne. Prywatne zdjęcia zastępuję ujęciami z procesu malowania, okładkami zilustrowanych przeze mnie książek. Coraz częściej pstrykam aparatem zamiast telefonem.

Używam Instagrama zarówno do promocji mojej działalności jako ilustratorka, jak i podglądania ulubionych twórców, czasopism, marek. Słowem, mimo uczulenia na wszelkiego rodzaju reklamy w internecie, sama obserwuję konta, które reklamują swoją działalność i jest mi z tym bardzo dobrze – bo te treści mnie interesują i mam ochotę je oglądać.

Instagram daje też możliwość zajrzenia innym użytkownikom przez ramię, gdzie na zasłanym kartkami i farbami biurku rodzi się ilustracja. Albo na backstage fotograficznej sesji, który pokazuje że wnętrze które widzimy na gotowej fotografii jest tylko wycinkiem większej, wcale nie tak idealnej, przestrzeni. Jeszcze nie panoszą się wszędzie wymuskane  i wystylizowane wnętrza, a bałagan na biurku znanego artysty w niczym nie odbiega od mojego artystycznego armagedonu.

Czuję się tam świetnie! Do czasu… aż Instagram zostaje zakupiony przez Facebooka za okrągły miliard dolarów i zaczynają się zmiany.

Dobra zmiana

Zmiany to naturalna kolej rzeczy. Te, które wprowadza Fb z początku naprawdę mi się podobają, do tego stopnia, że przełykam pojawiające się coraz częściej w feedzie reklamy.

W zamian dostaję:

  • komunikator (Direct Message)
  • opcję przełączenia na konto firmowe, co daje podgląd statystyk – mimo upośledzenia matematycznego mam do nich szczególną słabość
  • możliwość dodania kilku zdjęć w jednym poście – znika problem wyboru pomiędzy dwoma bardzo fajnymi ujeciami tego samego tematu – możemy je pokazać w jednym poście
  • publikowanie postów widocznych tylko dla bliskich znajomych – co pozwala prowadzić konto publiczne i prywatne jednocześnie!
  • śledzenie nie tylko kont, ale i hashtagów, zdjęcia otagowane obserwowanymi hashtagami ukazują się w feedzie
  • mnogość filtrów, animowanych nakładek na video w InstaStories – straciłam sporo czasu na zabawie z nimi, przyznaję się!
  • możliwość zapisywania i gromadzenia w folderach postów, które mnie interesują (czyżby podkopywał teraz Pinteresta? 😉 – używam namiętnie
  • InstaStories – krótkie relacje, które naprawdę polubiłam, dzięki temu że znikają po 24 h można pokazać trochę więcej i odważniej tego co dzieje się „za kulisami” (pozamiatały Snapchata)

Zła, zła, zła zmiana

 Zabawa z Instagramem trwa, ale wielokrotnie zdarza mi się przymykać oko na coraz więcej rzeczy, które mi nie odpowiadają. A jaki sens jest wgapiać się w instagramowe zdjęcia z zamkniętymi oczami? Dziś, z platformy zdjęciowej, przekształca się w miejsce w którym:

  • jesteśmy coraz bardziej zarzucani reklamami: zarówno w feedzie, jak i InstaStories, jestem pewna, że prędzej czy później zaczną wciskać reklamy również w zakładce Explore (podpowiada nam posty, które mogą się nam podobać na podstawie naszych polubień)
  • zamiast autentyczności dostajemy morze kreacji: wykreowane wnętrza, stylizacje, osobowości, życia. Od dawna na kontach przeważają profesjonalne zdjęcia i choć najczęściej nadal korzystamy z Instagrama za pomocą telefonu, zdjęcia coraz częściej robimy profesjonalnymi aparatami. I to jest ok, czerpię z pięknych zdjęć dużo inspiracji, jednak tęskno mi coraz częściej za autentycznością
  • w feed, poza reklamami, wciskają nam się proponowane posty (jeśli mam ochotę poszukać nowych kont do obserwowania – korzystam z zakładki Explore). Wkurzają mnie okrutnie! Prawdopodobnie mają za zadanie przytrzymać nasza uwagę na dłużej, bo pojawiają się zawsze tuż przed zawartością feedu, którą już widziałam. Tania zagrywka
  • Instagram od jakiegoś czasu mieszał z chronologią wyświetlania postów. Tegoroczne zmiany pokazują, że coraz bardziej zbliża się do znienawidzonego Fejsbuka w decydowaniu za mnie co chciałabym zobaczyć (umówmy się – sama wiem to najlepiej!). Skutkiem tego od tego roku ma wyświetlać mi się tylko 10% treści od kont które obserwuję! To uszczęśliwianie mnie na siłę ma za zadanie zapewne sięgnięcie do kieszeni użytkowników, którzy albo będą wyciskać siódme poty, by tworzyć jak najbardziej angażujące treści (i po co? Jestem zadowolona z tego co widziałam do tej pory – dlatego obserwuję) albo zasilą kasę Instagrama (=Fejsbuka), by zareklamować swoje posty
Tak wyglądają z mojej perspektywy wady i zalety Instagrama na dziś.

Jeśli nie Instagram, to co?

Czy poleciłabym go do pokazywania swoich prac i budowania relacji z odbiorcami? Jasne! 

Nadal jest o niebo przyjemniejszym miejscem niż Fejsbuk, a jego popularnośc stale rośnie. Zapewnia tony inspiracji, fajny kontakt z użytkownikami i dużo zabawy z InstaStories. Ale warto zachować ostrożność, bo kierunek w którym zmierza znamy już z dziejów FB.

Dlatego rozglądam się za jakimś innym miejscem, które odpowiadałoby mi bardziej. Instagram 2018 nie ma już wiele wspólnego ze swoimi początkami, a obecność tam z przyjemności zamienia się w walkę o uwagę ludzi, którzy sami chcieli oglądać nasze zdjęcia. Trudzimy się podwójnie – pierwszy raz: zdobywając obserwującą osobę obserwującego, drugi raz: próbując wyświetlić się w jego feedzie. Ktoś powie że spowoduje to pojawianie się treści najlepszej jakości. Możliwe, jeśli dodamy do tego zalecaną częstotliwość publikowania treści przynajmniej raz dziennie, zaczyna to bardziej przypominać wyścig szczurów…

Zanim Instagram zawojował mnie bez reszty, bardzo lubiłam Tumblr – platformę mikroblogową, gdzie również to obraz jest w centrum zainteresowania – ma bardzo przyjemną aplikację mobilną, a reklamy nie są tak częste i irytujące, jak na Instagramie. Odwracam się więc za siebie i zerkam tęsknie w stronę Tumblr, jednak obawiam się ze dni największej popularności ma już za sobą.

Co więc zostaje?

Blog.

Na własnej domenie i hostingu, według własnych zasad. Obecność w social media coraz bardziej przekonuje mnie, że nie warto budować społeczności w miejscach, w których reguły gry zmieniają się tak szybko i jesteśmy zmuszeni godzić się na mniejsze i większe upierdliwości, by móc z nich korzystać.

Dlatego też, na miarę własnych możliwości, spróbuję być obecna w tym miejscu jak najczęściej! Liczę na to, że wpadniesz od czasu do czasu i dasz znać, że też tu bywasz 🙂 

Czy Instagram wkurza tylko mnie? Może uważasz, że przesadzam i insta to nadal najfajniejsze social media ever? Albo w ogóle nie znosisz Instagrama w całej rozciągłości? I jeśli nie Instagram, to co?

Podziel się ze mną swoją opinią!